Keith Richards – „Live at the Hollywood Palladium” (1991/2020)

Korzystając z chwilowej przerwy w aktywności w ramach największego rockandrollowego cyrku świata, Keith Richards w 1988 roku nagrał swoją pierwszą solową płytę pt. Talk Is Cheap. Ba, bardzo dobrą płytę, która przyćmiewa nie tylko wszystkie płyty Micka Jaggera (bez urazy dla niego), ale równa się najlepszymi dokonaniami Stonesów z czterech ostatnich dekad. Album – którego reedycje omawiałem na łamach Kvlt – przyniósł z sobą muzykę różnorodną, eklektyczną, łączącą różne fascynacje Richardsa, a jednocześnie pełną rockowego brudu i nonszalancji. Duża to zasługa zarówno prostej, sprawdzonej w Stonesach recepty na kompozycje i aranże, jak również plejady znakomitych muzyków sesyjnych, która tchnęła w te piosenki życie.

W tym samym roku Keith wraz z koncertowym składem The X-Pensive Winos wyruszył w trasę po USA. Zespół odwiedził 12 miast. Nagrania z przedostatniego koncertu na trasie, który odbył się w Los Angeles w grudniu, złożył się na materiał Live at the Hollywood Paladium. Płyta została wydana pierwotnie w 1991 roku. Teraz doczekaliśmy się wznowienia tego materiału, oczywiście na różnych nośnikach, w różnych formatach. Choć Super Deluxe Box (więcej o nim przeczytacie w naszym newsie) prezentuje się naprawdę mocno, to i standardowe wydanie na dwóch burgundowych winylach może stanowić doskonały prezent dla każdego fana Richardsa i Stonesów. I choć jestem wrogiem zmieniania klasycznych okładek, to tym razem bardzo szczęśliwie zielone, przypominające śluz Shreka kolory tła, zastąpione zostały szlachetniejszymi barwami.

Choć materiał był już wcześniej znany, to jednak z pewnością nie każdy miał okazję się z nim zaznajomić. Co zatem dostajemy? Po prostu doskonały, rockandrollowy koncert. Nie każdy ceni The Rolling Stones, a dokonania samego Richardsa są w Polsce znane przez „garstkę” fanów – zdaje sobie z tego sprawę. Niekoniecznie polecam zatem płytę tym, którzy nie zdążyli się wcześniej przekonać. Kto jednak lubi, a może nawet kocha Stonesów – ten zawiedziony nie będzie. Przede wszystkim udało się podczas uwiecznionego na Live at the Hollywood Palladium zebrać znakomity skład muzyków – m.in. Waddy Wachtel (gitary), Steve Jordan (perkusja), Charley Drayton (bas), Ivan Neville (klawisze), Bobby Keys (saksofon) – i uchwycić go w doskonałej formie. Czuć tu luz i pewność siebie, a jednocześnie przy tej naturalności brzmienie jest naprawdę nasycone i dynamiczne.

Jak łatwo się domyślić, na materiał składają się przede wszystkim numery z solowego albumu Talk Is Cheap (choćby Take Is So Hard, Struggle, I Could Have Stood You Up albo Whit It Up). Różnią się jednak od oryginałów odrobiną zdrowej improwizacji – na żywo nie tylko nie tracą nic ze swojej siły, ale wręcz zyskują bardziej szczery wyraz. Proste, przybrudzone granie z perkusją na 4/4? A jakże! Tyle że pełne nieskrępowanej energii i jednak smaczków, drobnych ozdobników, klasy, którą wnoszą kapitalni muzycy. Sarah Dash z kolei swym soulowo-gospelowym głosem dodaje tym piosenkom nieco czaru.

Znalazło się na Live at the Hollywood Palladium także miejsce na parę kompozycji z repertuaru The Rolling Stones. Może nie przekonuje mnie do końca bujająca wersja bluesowego klasyka z zaprzeszłej historii Stonesów w postaci Time Is On My Side, ale przynajmniej wypada oryginalnie. Ale już przy takim Happy i Connection możemy poczuć się jak na koncercie legendarnej ekipy. Z ciekawostek należy wymienić korzenne reggae w postaci Too Rude, pokłosie fascynacji Richardsa jamajską kulturą, a także nieco kwadratową, szaloną, ale w sumie zabawną przeróbkę I Wanna Be Your Man z repertuaru The Beatles. Trochę szkoda, że ten ostatni z wymienionych numerów i jeszcze pewne drobnostki nie znalazły się na winylach. Z drugiej strony może zyskała na tym spójność materiału. Tak czy inaczej ta godzina muzyki z kwadransem upływa niezwykle szybko. Jak podczas dobrego, intensywnego koncertu – zwykle pozostawia pewien niedosyt.

Dla fanów Keitha i The Rolling Stones Live at the Hollywood Palladium to pozycja obowiązkowa. Kto ma zasobniejszy portfel, ten nie powinien się wahać i zamówić wersję „na wypasie”. Ale i ta podstawowa, dwuwinylowa prezentuje się bardzo ładnie i z klasą. Brzmienie? Nie jestem audiofilem, ale nic tu nie razi. Kto zaś nie chce, nie lubi, wzbrania się, może przynajmniej sprawdzić na którejś z popularnych platform streamingowych. Jest szansa, że Richards znajdzie nowych fanów.

ocena (muzyka i wydanie): 9/10

Keith Richards na Facebooku

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .