Mastemey – “Obraz pozorny” (2019)

W poprzednim odcinku historii metalu: na początku lat 90-tych thrash metal w wyścigu „kto szybciej, kto dalej” zaczął doganiać sam siebie, tym samym zaczął zjadać własny ogon i zdychać. Spora część nieszczęśliwych tym faktem muzyków poczęła o ten stan rzeczy obwiniać coraz popularniejszy wtedy grunge, który był tak naprawdę bogu ducha winien, ale był akurat pod ręką i sprawiał wrażenie dobrego kozła ofiarnego. Prawda jest taka, że thrashersi zagubili się w wyścigu o to, kto będzie grał szybciej, a stracili z oczu jakość muzyki. Ci, którzy próbowali coś z tym gatunkiem zrobić – np. sięgali po bardziej techniczne pomysły (vide choćby Heathen) zginęli gdzieś pod przywaleni płaczem mas o to, że Kreatory i Metalliki już nie nadążają i w ogóle się sprzedały. Nikt nie zwrócił na ich kolejne płyty uwagi, bo po prostu nie brali udziału w zawodach, którymi zajęte były tuzy gatunku, więc nigdy nie awansowali do pierwszej ligi popularności i w końcu sczeźli razem z resztą. No dobra, ale minęło parę lat, thrash schudł, poszarzał i wcale nie wyszlachetniał, ale coś z tym trupem trzeba było zrobić. Receptą, przynajmniej chwilową, okazało się ożenienie go z bardziej popularnymi ówcześnie rejonami, choćby z hardcore, co zrodziło nam niejaki groove metal. I zgadnijcie, co się z groove metalem stało kolejnych dziesięć lat później, gdy przejadły się już wszystkim milionowe klony Sepultury pod nazwą Ektomorf.

Ale tu znów trzeba oddać cesarzowi to, co cesarskie, bo groove metal w pewnym momencie funkcjonował na własnych zasadach i poza Roots potrafił dać nam trochę innych ciekawych rzeczy, również w dziwnym kraju nad Wisłą. Ale my oczywiście funkcjonujemy na sobie tylko znany sposób, więc gdy nie mamy problemu z wyrażaniem szacunku do Lamb of God, to nie bardzo wiemy co zrobić z rodzimymi zespołami z tychże muzycznych okolic.

Tą pokrętną drogą docieramy do Mastemey, który właśnie w tych muzycznych okolicach się porusza. Ta dziwna nazwa przewinęła mi się już wcześniej, coś tam sobie kiedyś sprawdziłem na Spotify, ale nic więcej. Najnowszy krążek kwartetu z Krakowa trochę mnie z początku wystraszył. Grupa przerzuciła się na polski język i przyozdobiła album mało przekonującą okładką, co w mojej głowie wywołało wyobrażenie nagłego desperackiego zakrętu w stronę Antyradia. Kodowo nazwałem tego typu zabieg zvenflonowaniem muzyki, choć w sumie jest to szkodliwe dla zespołu Venflon, który osobiście darzę szacunkiem. Niemniej jednak po raz kolejny powtórzyłem sobie „nie oceniaj płyty po okładce, idioto” i w końcu odważyłem się odpalić Obraz niepozorny. Mastemey pozostał na szczęście przy swoim miksie groove metalu z nowoczesnym thrashem i bardzo dobrze się stało, bo zespół radzi sobie z tym dobrze. Album balansuje między wspomnianymi latami 90-tymi i ówczesnym groove metalem i zmetalizowanym hardcore, a uwspółcześnionym thrashem, któremu akurat wcale niekoniecznie musi się spieszyć. Tego typu muzyka jest obliczona na to, żeby nie musieć się ścigać. Mastemey dostarcza parę fajnych, naprawdę mocnych momentów, ale zdarza mu się też skręcić w bardziej piosenkowe klimaty, nieco ostrożniejsze i nieco chwiejniejsze (Podróż jedenasta), choć trzeba przyznać, że i z nich potrafi wyjść z twarzą. Najbardziej zaraźliwe dla mnie są te momenty, kiedy zespół zerka w stronę największych ciężarówców szukając prostych, ale fajnych rytmicznych rozwiązań i okazjonalnych dysonansów. W takiej roli świetnie sprawdza się choćby Wątła wola, chyba pierwszy raz na albumie zdradzająca inklinacje do wspomnianego kilka razy thrashu (nawet pomimo bardziej komercyjnie brzmiących zwrotek), ale również otwierający album Osoba pogardy to mocny, dobrze wyprowadzony cios w zęby. Choć przez większość czasu trzymamy się średnich temp, to grupa żongluje całkiem wciągającymi riffami, przez co nie nuży. Groove jest za to dopracowany i widać, że ten element rzemiosła zespół dopracował i ceni. To przede wszystkim on sprawia, że ta płyta jest po prostu spoko, a to już poziom dość wysoki.

Przeszkadza mi trochę brzmienie – we wkładce nie znalazłem informacji kto za nie odpowiada, ale wydaje mi się, że nieco zabiera zespołowi mocy. Ten najtisowy przytłumiony gruz przydałoby się nieco wypolerować, żeby nabrał ostrości. Może wtedy nieco inaczej spojrzałbym też na trochę monotonne partie wokalne, może zostawienie im większej przestrzeni wzbudziłoby w zespole chęć do urozmaicenia ich.

Pamiętacie jeszcze takie ekipy, jak Hedfirst czy Lostbone? Jeśli zdarzyło wam się myśleć o przemieszaniu ich momentami z czymś nieco lżejszym, to Mastemey jest dla was. Album Obraz pozorny bardzo sprawnie balansuje na subtelnej granicy między bezpośredniością metalu, a nieco bardziej przystępnym podejściem (myślcie tutaj choćby o Five Finger Death Punch, ale w mniej przypałowej odmianie), czerpiąc z obu tych dróg w taki sposób, by jednocześnie nie musieć chodzić na bolesne kompromisy. Ten współczesny groove/thrash metal, którym na naszym podwórku parają się jeszcze choćby HeadUp, Koios, Veal czy Perpetual, może być dobrze podany. Nie ma co się wstydzić – to metal środka, ale jest do środek naprawdę niezłej jakości. Obraz pozorny nie będzie może płytą roku, ale jest to na tyle dobry krążek, że bez problemu potrafię sobie wyobrazić, że do niego okazjonalnie wracam.

Ocena: 7/10

Mastemey na Faceboku
Sprawdź też: HeadUp, Perpetual, The Sixpounder, Aterra, Minetaur, Vane, Moyra

nmtr
Latest posts by nmtr (see all)

Tagi: , , , , , .