Tomb Mold – „Manor of Infinite Forms” (2018)

Polubiliśmy się z Tomb Mold troszeczkę w zeszłym roku, więc kiedy się dowiedziałem, że w 2018 roku pojawi się nowy krążek kwartetu, przez mój pysk przebiegł grymas, który tylko moja mama mogłaby odczytać jako uśmiech, bo przecież zna mnie jak nikt. Nie to, żeby Tomb Mold byli moimi faworytami, ale uznaję ich za rzetelny młody band, a takie zawsze cieszą. Inna sprawa, że trochę się bałem, że wypruli się z pomysłów – od 2016 roku wypuścili najpierw dwie demówki, potem, w 2017 roku pierwszy długograj (na którym znalazła się część materiału z demówek), potem, jeszcze tego samego roku kolejne demo i kompilację, a latem tego roku nadszedł drugi pełnoczasowy krążek Manor of Infinite Forms. Sporo. Można założyć, że zespół jest płodny, ale trzeba też rozsądnie mieć obawy, że takie tempo może sprawić, że wkrótce Tomb Mold zaczną zjadać własny ogon. Uprzedzając fakty – ten moment jeszcze nie nastąpił. Zanim przejdę do rzeczy, czyli muzycznej wartości nowego albumu zespołu, pozwolę sobie na jeszcze jedną dygresję – ucieszyłem się, że nowa płyta wychodzi pod szyldem wytwórni 20 Buck Spin. To label, w którym chyba dość poważnie podchodzą do wyszukiwania talentów. Mają u siebie parę ciekawych nazw, poza samymi Tomb Mold znajdziecie tam też choćby Khemmis, Ghastly, Spirit Adrift, a wcześniej było w ich rosterze jeszcze więcej ciekawych nazw, bo 20 Buck Spin mają to do siebie, że dla wielu zespołów są skuteczną trampoliną do większych wytwórni.

Do rzeczy. Manor of Infinite Forms wychodziło w wersji cyfrowej 8. czerwca, ale wielu ludzi z branży umieszczało ten krążek w swoich listach najlepszych płyt pierwszej połowy roku. Niezła rekomendacja, co? Ja byłem nieco bardziej sceptyczny. Z początku album mnie nie powalił. Ot, solidna death metalowa płyta, blasty, śmierdzące brzmienie, pokraczne riffy, zaflegmione growle. Z czasem album rósł we mnie, choć w dalszym ciągu mam trochę wątpliwości co do brzmienia. Otwierający płytę numer tytułowy moim zdaniem wcale nie jest dobrym reprezentantem całości. Brakuje mu nieco inspiracji, w dużej mierze mieli te same patenty na przestrzeni tych niecałych pięciu minut. Ale im dalej w las, tym więcej grzybów. Z każdym numerem jest coraz lepiej, a najlepsze czeka nas w drugiej części krążka. Już drugi Blood Mirror dociska ciężarem i obskurnością, a każdy kolejny wyziew tylko poprawia wrażenie. Pełen zaskakującego groove Final Struggle of Selves dostarcza kolejne wykręcone riffy, a z kopa w to samo miejsce trafia Gored Embrace (Confronting Biodegradation). W tych wszystkich numerach najbardziej cieszy oldschoolowy death metal zjeżdżający od czasu do czasu w doom, a niekoniecznie nieczytelne i chybione eksperymenty – na szczęście im dalej w płytę, tym więcej pierwszego, a mniej drugiego. Dlatego absolutnym mistrzostwem jest sama końcówka, na której zespół rozpędza się na maksa i przekracza linię mety przy Chamber of Sacred Ootheca, a dopiero potem wyhamowuje w zamykającym album Two Worlds Become One – jak ja lubię, kiedy na końcu jakiegoś deathowego lub blackowego wyziewu pojawia się taki kolos, majestatyczny i potężny, który tylko dopycha butem do śmierdzącej gnijącymi trupami krypty.

Tomb Mold coraz lepiej radzą sobie z pisaniem – o ile na ich poprzednim krążku imponowała przede wszystkim agresja, to na Manor of Infinite Forms nie sposób nie docenić warsztatu. Każda zmiana tempa, metrum, riffu, rytmu wydaje się być uzasadniona i klarowna (może poza tytułowym utworem, który wydaje się polepiony z różnych, nie do końca jednorodnych elementów, jakby zespół chciał udowodnić niedowiarkom, że jest super zaawansowany technicznie, jakby można było grać taki death metal nie będąc), zespół nie gimnastykuje się bez celu. Wykluwa się też styl Tomb Mold – gdzieś na brzegu Incantation, Demilich i doom metalu, który wchodzi na Manor of Infinite Forms tylnymi drzwiami, ale wyraźnie zaznacza swoją obecność w praktycznie każdym numerze. Siła ekipy z Toronto ukazuje się tak naprawdę wtedy, kiedy zespół przestaje kombinować na siłę, a stawia na naturalność i klimat.

Póki co fonograficzna płodność Tomb Mold wychodzi zespołowi na dobre. Manor of Infinite Forms jest dobrym efektem wytężonych wysiłków i z zadowoleniem stwierdzam, że plasuje kanadyjski kwartet na mapie moich muzycznych zainteresowań.

9/10

Tomb Mold na Facebooku

 

Sprawdź też:

Sodomic Baptism, Unravel, Sudden Death, Wombbath, Gutter Meat Clitter

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , , , , , , .