Na słoneczną mizerię końca zimy ska jak znalazł! Sosnowiecki Skankan, jeden z rodzimych tuzów stylu, powraca właśnie z nową płytą Bourbon, Whiskey, Gin. Kilkanaście lat minęło od ostatniego albumu, niemal trzy dekady od założenia zespołu, a panowie wciąż potrafią wykrzesać z siebie sporo energii. To takie piosenki, które od razu wprawiają w dobry nastrój. Materiał wypada witalnie i chwytliwie. Od słonecznej Jamajki, przez zatłoczone angielskie puby, na bramach zagłębiowskich kamienic kończąc – ciekawy to spacer, pełen wrażeń, wspomnień, nawiązań, jednak bez oczywistych zapożyczeń. W sam raz dla fanów.
Duża w tym zasługa umiejętnego wykorzystania bogatego instrumentarium. Dziewięcioosobowy skład – oraz liczne grono zaproszonych gości – daje spore możliwości, ale i może generować pewien niezamierzony chaos. Skankan jednak w pełni czerpie z potencjału muzyków, nie szarżując za bardzo w aranżacjach. Piosenki brzmią zatem klasycznie, a jednocześnie nie czuć woni naftaliny. Sekcja dęta, jak na ska przystało, nie jest tylko dodatkiem, tłem, ale w wielu piosenkach podbija energię i zmusza do pląsów. Produkcja w dodatku uwypukla to, co w tej propozycji istotne. Płyta brzmi soczyście, ciepło, wyraziście – na pewno ponadprzeciętnie wobec innych tego typu propozycji. Kolejnym atutem jest pewien eklektyzm, który nie pozwala się nudzić. Oprócz klasycznego ska w duchu The Specials mamy i bardziej popowe podejście w stylu Madness, słoneczne rocksteady, pulsujące reggae (kojarząca mi się z Daabem piosenka Żonie), punkowy sznyt (Chujnia z udziałem śp. Roberta Brylewskiego), rock and rollową moc, a także, co zaskakujące, nieco pastiszowe klimaty rodem z popowo-funkowych lat 70. (Kołysanka dla Dareczka).
Oczywiście trzeba lubić tego typu granie, które i tak najlepiej sprawdza się na koncertach, gdzie łysi w szelkach napędzają pogo, a zakochane pary tańczą – wszyscy zbratani dźwiękiem i chęcią dobrej zabawy. Są tu momenty dobre do wspólnych śpiewów, są radiowe refreny, ale bywa też i nostalgicznie, bo zarys tematów lirycznych jest szeroki. Miks polskich i angielskich tekstów nie przeszkadza – bywa dzięki temu swojsko, a gdy zespół przechodzi na język Szekspira, można ulec złudzeniu, że siedzimy w londyńskim pubie.
Jak wiadomo bourbon, whiskey i gin towarzyszą nam zarówno w chwilach szczęścia jak i smutku. Nowy album Skankana także przynosi różne emocje. Mam jednak wrażenie, że jest przede wszystkim optymistyczny, choć bez młodzieńczej naiwności. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z płytą trywialną. Zresztą jak to ska – służyło i służy zabawie, ale przecież nigdy nie było popularne wśród tych, którym zawsze powodzi się najlepiej, wszak rodziło się i ewoluowało wśród ludzi bez oszczędności w szwajcarskich bankach. Oczywiście, że zespół nie odkrywa nowych dróg dla stylu, nie kładzie na łopatki jego mistrzów – ale udało się, jak sądzę, nagrać płytę bez słabej piosenki, z przynajmniej kilkoma doskonałymi numerami koncertowymi.
Dodatkowym atutem jest ładne wydanie albumu. Wiadomo, można posłuchać na Spotify czy Tidal, ale kto sięgnie po wersję fizyczną, dostanie naprawdę solidne wydanie z fajnymi fotkami i eleganckim czarno-złotym etui.
ocena: 7,5/10
Oficjalna strona zespołu na Facebooku
- Infernal Codex – „Fog of Forgotten Souls” (2026) - 13 lutego 2026
- StygmatH – „Burning Memories” (2026) - 13 lutego 2026
- Czarny Bez – „W blasku księżyca” (2025) - 15 stycznia 2026
Tagi: 2022, punk rock, reaggae, recenzja, review, rock, rock'n'roll, rocksteady, ska, Skankan, Sosnowiec.






