Harvest – „Omnivorous” (2016)

Harvest to kompletnie anonimowy zespół z drugiego końca świata, a mianowicie Panamy. Nie spodziewajcie się więc fajerwerków – to nie Szwecja ani Stany, żeby jakiś zespół wyskoczył znikąd i zakosił konkurencję dzięki milionom wydanym w promocję. Ale nie musicie się też Omnivorous obawiać jeśli lubicie dość prosty, ale wciąż porządny deaeth metal z wyraźnym groovem. Album to właśnie oferuje – wczesną Sepulturę, zagraną z jajem i pasją, to zwalniającą, to przyspieszającą (choć w wyraźnych granicach), a już na pewno sprawiającą, że chce się pomachać banią.

Krążek Omnivorous w żadnej sekundzie nie jest odkrywczy czy świeży, ale metal sam w sobie też odkrywczy już nie jest. Harvest bez kompleksów kładą zatem kolejne riffy opakowane w gumowe brzmienie gitar lat 90-tych na proste, ale efektywne perkusyjne bity, a na tym tle niezłą robotę robi jeszcze rozwścieczony wokalista. Nie wiem, może to jakiś mój sentyment do lat 90-tych, kiedy wszystko wydawało się prostsze, a jednocześnie zespoły zdawały się grać z serducha, a nie z kieszeni, sprawia, że nie mam z tą płytą problemów, mając oczywiście pewną świadomość, że jest co najwyżej przeciętna. Jestem też w pełni świadomy, że Harvest to najwyżej materiał na support lub kapelę, która otwiera festiwal, ale wystarcza mi to. Omnivorous mógłbym porównać do starego, dobrego schaboszczaka – wszak żadne to wyżyny kulinariów, a i tak każdy opierdzieli. Tak to właśnie jest z epką Harvest: ma wszystkie składniki świadczące o tym, że to metal pełną gębą. Płyta jest wściekła i prze do przodu niczym taran, brzmienie jest brudne i niedopracowane w jakiś uroczy sposób, numery są proste, bazujące czasami na wręcz prostackich patentach, ale zagrane z werwą, która zasłania niedociągnięcia i ograne pomysły. Fajną robotę robi bez wątpienia perkusistka Jocelyn Amado, której gary są silnikiem napędowym dla całej maszyny Harvest. Dziewczyna brzmi naprawdę mocno, nie gra jakoś wybitnie technicznie, ale nadaje muzyce takiej groove’owej prostoty. W brzmieniu, które jest tak naprawdę tanie i wynika z niedopracowania lub niedostatków sprzętowych, bębny mają o dziwo bardzo dużo przestrzeni i być może dzięki zdają się pełnić kluczową rolę w aranżacyjnych wygibasach, na jakie można sobie pozwolić grając trzy proste riffy na krzyż.

Nie chce mi się rozkładać poszczególnych kawałków na części pierwsze, bo wiadomo jak to jest – rządzi rytm i energia. Zespół odpuścił sobie wszelkie zbędne ozdobniki. Czasami trafi się jakaś solóweczka (Hellraiser), ale też tylko po to, żeby hałas urozmaicić, a nie po to, żeby wpuścić do niego choć trochę powietrza czy dodać jakiś niespodziewany element. Nie ma też miejsca na miękką grę – jak jest szybko to jest wpierdol (choćby w utworze tytułowym), jak jest wolno to jest z kolei super ciężko (Medusoide). Metodycznie powtarzane riffy, wszystko w cztery czwarte, żeby nie skomplikować sobie sytuacji, do tego gały na wzmacniaczach rozkręcone na maksa. To w zasadzie wszystko co musicie wiedzieć.

Omnivorous to dla mnie niezamierzenie sentymentalny powrót do końcówki lat 90-tych, kiedy tak naprawdę zaczynałem się jakimkolwiek metalem interesować. Może troszeczkę brakuje mi takiego bezpośredniego grania, bo dziś każdy chciałby być „progressive” albo „technical”. Harvest natomiast przedłożyli nade wszystkie wygibasy bezpośredniość, a wszystkie nierówności i niedociągnięcia tylko dodają temu uroku. Proste granie dla fanów wczesnego Maxa Cavalery, na pewno bardziej szczere niż wszystkie płyty Ektomorf razem wzięte.

6/10

 

Harvest na Facebooku

Sprawdź też:

DevilDriver, Cerber, Jungle Rot, Juggernaut, Powered By Death, None, Ektomorf

 

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Latest posts by Jakub Milszewski (see all)

Tagi: , , , , , , .